Mine vaganti. O miłości i makaronach (6)
Muszę przyznać, że lubię skrajnie nieawangardowe filmy Ozpetka (śmiesznie brzmi w odmianie). Choć zdarza mu się popadać w banał i nie stroni od lukru (w Mine vaganti dosłownie przesadził ze słodyczami), to przyjemne ciepło tych obrazów i zwyczajność pisanych przez niego historii sprawiają, że nie umiem się na niego zżymać. Może nigdy nie nakręci arcydzieła, ale też nie podejrzewałbym go o popełnienie gniota.